Refleksji wokół tematu spis krótki

Pożegnanie lata skłania do wypicia ostatniej różowej butelki i kilku refleksji. W kwestii butelek to popełniliśmy w tym tygodniu dwie w owym kolorze prawie czerwonym, ale żadnej nie będę szerzej opisywał, bo i nie ma sensu ani takiej ilości aromatów, by stworzyć z nich cały artykuł. Krótko zatem co następuje:

Skusiłem się na promocje w Piotrze & Pawle i nabyłem masówkę – Pasquę Frizzante Rose z Pinot i Chardo za 17,00  czy 18,00 PLN. Niestety wino było zepsute. Zapach szamba raczej nie zachęcał;p Mam nadzieję, że nie dotyczy to każdej butelki, ale jakby Wam się też zdarzyło to paragonik i z powrotem do sklepu. Powinni przyjąć reklamację, chociaż mi się biegać nie chciało. Druga butelka na pożegnanie letnich dni, to ostatnia etykieta spośród naszego prywatnego, czeskiego importu – Templarske Sklepy Cejkovice, Zweigeltrebe Rose. Przyjemne codzienne wino, z prostymi aromatami truskawek, poziomek i landrynki. Nic nadzwyczajnego, takie sobie zwykłe wino na co dzień, z lekkim brakiem kwasowości i odrobinę nadmierną cierpkością. Ale za złotych 17,00 czy jakoś tak, to ja jestem za i nawet nie przeciw. W Polsce już bym tego egzemplarza nie kupił, bo na sklepowej półce stanąłby pewnie za jakieś 29,00 PLN.

W kwestii powakacyjnych refleksji natomiast, jest zdecydowanie gorzej. Zjechałem ostatnio kawałek województwa, pogadałem nieco z przeróżnymi ludźmi, we wszelaki możliwy sposób związanymi z branżą winiarską. I przeraża mnie polska (nie)kultura picia wina. „Wie Pan co ludzie teraz na wesela przynoszą – Kadarkę i Sofię, bo 10 PLN nie przekraczają za butelkę. I jeszcze twierdzą, że to dobre wina!”. No może się zdarzyć jakiś pojedynczy przypadek. Daleko jednak nie patrząc, „klienci przychodzą po konkretne etykiety – Kadarkę, Fresco – bo je znają. A jak okazyjnie wybierają lepsze wino, to najczęściej to dobre, znane, z reklam, no – Carlo Rossi!.

Dużo potrafię zrozumieć i nawet mógłbym rzec, że to dobrze, jak ktoś zaczyna przygodę z winem chociażby od tego nieszczęsnego Carlo Rossi. Jednak nigdy nie pojmę człowieka, który wyprawiając wesele na 400 osób zamawia tą markę, uzasadniając swój wybór faktem, że wino musi być dobre i znane, żeby goście nie pomyśleli, że w taniochę poszedł. To zakrawa na zaawansowane stadium ogólnospołecznej paranoi poznawczej. Do kompletu El S®ol i mamy kwintesencję rynku winiarskiego w Polsce (dorzućmy w pakiecie najtańszego dostępnego tokaja).

Całe szczęście w dużych miastach jest zdecydowanie lepiej i istnieje szansa, że dadzą przykład pozostałym. Choć lepiej, wcale nie znaczy dobrze. Czasami nieco dłuższa rozmowa wystarczy, by wydobyć fakty, o których wciąż próbujemy zapomnieć, żeby funkcjonować w naszym winnym kręgu, jakby ta brutalna rzeczywistość nigdy nie zaistniała. „No i muszę to półsłodkie gów.o sprowadzać – 120 butelek na każdą paletę, bo ludzie to kupują i jeszcze się tym kur.a zachwycają.” Co gorsza, to nie jest odosobniony przypadek – „i zapija świnia jedna z drugą dziczyznę tym kur.a słodkim szajsem, a potem jeszcze piwem się doprawi i wódką podleje!

Niestety potrzebujemy dużo pracy i czasu, zanim wino będzie w naszym kraju traktowane tak jak powinno. Targi, spotkania, degustacje, artykuły, blogi, przypadkowe teksty, sensowne rozmowy i dobrzy sprzedawcy – te wszystkie elementy muszą współgrać, abyśmy za kilka lat osiągnęli wymierne efekty. Nie chcę promować sztucznie napompowanej ceremonii, w dąsach typu ĄĘ i innego lansowania się na panicza czy epatowania statusem społecznym z butelką Petrusa. Wino jest trunkiem codziennym i powinno zastąpić Coca Colę głównie ze względu na swoje właściwości prozdrowotne. Tak należy je traktować. Ale PRAWDZIWĄ BUTELKĘ WINA, a nie jakieś podroby z proszku i sztucznych składników, które nawet nie leżały obok skrzynki winogron. I wbrew pozorom, to nie musi być trunek drogi – czasem dyskontowa cena potrafi zaoferować butikową jakość. Oby jak najczęściej.

Na zdrowie!

Idę spać, bo już jutro (formalnie to nawet dzisiaj) wielce wyczekiwane spotkanie w Vinoli – z właścicielką Bodegas Ramirez de la Piscina! 🙂

Reklamy