TASTE THE DIVERSITY – słoweński szturm na Warszawę

Dzięki uprzejmości Maroko Sklepu w miniony poniedziałek miałem okazję odwiedzić hotel Regency Hyatt w Warszawie, gdzie pod hasłem TASTE THE DIVERSITY odbywała się prezentacja win słoweńskich. Trzeba przyznać, że wydarzenie istotne dla rynku winiarskiego w Polsce, bo butelki te są niemal niedostępne w naszym kraju.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.


wszystkie zdjęcia są własnością marki Maroko Sklep, autor Mikołaj Zimowski

Na wystawę przybyło 26 producentów, reprezentujących wszystkie regiony winiarskie kraju (przy czym tylko 4 winiarzy ma swoich importerów na terenie naszego kraju). Muszę przyznać, że była to moja pierwsza konfrontacja z winami słoweńskimi, dlatego przygotowanie postu wymagało nieco lektury oraz pracy u źródeł. Ciekawie było jednak po degustacji zasiąść do publikacji najróżniejszego rodzaju i dowiedzieć się pewnych szczegółów, o których nie udało się porozmawiać na miejscu. Zatem zaczynamy, a w ramach wprowadzenia – słów kilka o SŁOWENII jako producencie win!

Zacznijmy od tego, że kraj dzieli się na dwa obszary winiarskie (wschodni i zachodni), z których zostały wyznaczone 3 regiony główne i łącznie 9 podregionów. Szczerze – nawet po degustacji nie wiem, które należy ocenić jako najlepsze i nie będę próbował takich ewaluacji dokonywać. Prawo winiarskie młode – wprowadzone w obecnej formie w 2006 roku. Ale z kwiatków, okazów i innych spraw nietypowych – endemika dla zwolenników (czyli i dla mnie) JEST – głównie w postaci białej Rebuli i Raniny! Nietypowy styl produkcji – JEST (większość białych win poddawana jest maceracji i dojrzewa w dużych beczkach drewnianych, najczęściej używanych już wcześniej. Zdarza się także wykorzystanie gruzińskich amfor – kwewri, które pozwalają na bardzo długą macerację i osiągnięcie niezwykłego stylu win. Czerwone z kolei albo są bardzo lekkie i świeże, albo bardzo beczkowe, często przytłumione całkowicie dębem). Indywidualizm butelek z małych winnic – JEST. Stosunek produkcji też ciekawy – 70% to wina białe! Reszta zostaje dla czerwonych, a różowe to jakiś minimalny odsetek. Można tu doszukiwać się wzorców z południowych Niemiec i Austrii. Czy słusznie – nie wiem, bo przecież kraj o zdecydowanie korzystniejszym klimacie dla czerwonych butelek. Rozumiem jedno – większość winiarzy to małe, rodzinne firmy, a to niejako wyjaśnia fenomen białych trunków – w końcu łatwiej zrobić pijalną biel niż znośną czerwień. W długim okresie czasu nie jest to słuszne założenie, zwłaszcza w ichnim klimacie, ale to już nie moja sprawa, ani też moc decyzyjna. Jednak dobrą winnicę słoweńską we własnych rękach wykorzystałbym na ciemne trunki z pinot noir, refosco i caberneta, bo jak pokazała degustacja, można je zrobić świetnie.

Zaczęliśmy od kilku ciekawostek i pierwszej polemiki wokół samej produkcji. Teraz przejdźmy do kilku wytwórców i butelek, które zwróciły moją uwagę. Przygodę ze Słowenią zaczęliśmy od pierwszego stanowiska – winnicy Jakončič. Było proste Chardonnay, którego 15% dojrzewało w beczce. Niezła budowa i lekkość, ale nic poza tym. Później autochtoniczny szczep – Rebula. Śmierdział, bo inaczej nie da się tego określić. Gdybym dostał to wino w restauracji, poprosiłbym o drugą butelkę, bo uznałbym je za zepsute. Najciekawsze z tego zestawu było wino musujące Carolina Sparkling Brut Nature. Zachwytów jednak brak.

Skoro musujące okazało się najciekawsze ze wszystkich win pierwszego stanowiska, udaliśmy się do winnicy Istenič, gdzie owe wina królowały – jako jedyne produkowane w winnicy. Najbardziej zaskakującym okazało się DESIREE – słodkie (dosładzane) wino produkowane metodą sztuczną (charmant), bomba aromatyczna – pachnące mirabelkami i białymi brzoskwiniami, podobno najlepiej sprzedający się produkt winnicy. Bez szału, ale ciekawe, lekkie, proste i smaczne – świetny kompot na lato po dodaniu mięty i 3 kostek lodu. DEFEKT – cena! Dla importera 5 euro za butelkę, czyli na sklepowej półce pewnie ok. 60PLN, w krakowskiej restauracji jakieś 100PLN, a w poznańskiej 140PLN. Szczerze to Gran Cinzano Sweet Rose smakuje równie dobrze (choć truskawkowo), a kosztuje złotych +/- 30. Ciekawe zatem, ale bez szans rynkowych. Przepiękny był Prestige Brut, produkowany metodą tradycyjną blanc de blanc (100% Chardonnay). Mocno tostowy, zachowujący lekką owocowość, bardzo wytrawny. Ale znów pozycja, która zabija ceną (ponad 12 euro). Za jego równowartość możemy zakupić niezłego szampana i naprawdę wybitną cavę. Choć mam nadzieję, że znajdzie swoich amatorów.

Mieliśmy okazję zapoznać się z winami marki Pullus, produkowanymi przez winnicę Ptujska klet z najdłuższymi tradycjami na terenie Słowenii – początki produkcji sięgały średniowiecza (przynajmniej tak twierdził przedstawiciel – bardzo sympatyczny Vinko Mandl). Tutaj szczególną uwagę zwróciły 2 wina – Pullus Sauvignon G 2010, bardzo charakterny w budowie, a świeży, mineralny i czysty w aromatach! Do kompletu niezwykłe słodkie wino Pullus G Cuvee Sweet 2009. Kupaż 20% Muscata, 40% Chardonnay z późnych zbiorów i kolejnych 40% Rieslinga Rynskiego również z późnych zbiorów (typu beerenauslese). Świetna struktura, bogate aromaty, długi potencjał przechowywania, ciekawa historia i nietypowe zestawienie szczepów.

Przyzwoicie wypadła prezentacja win Radgonske Gorice. Przewaga win musujących, ale i coś ciekawego wśród białych butelek można było znaleźć. Radgonska Ranina 2011, czyli kolejny szczep endemiczny, dający w tym wypadku dość proste, owocowe wino, ale dobrze zbalansowane i przyjemne w piciu. Typowy Sauvignon Blanc 2010, ale również miły w ustach (choć robił wrażenie mało wytrawnego 🙂 ) Ciekawostką w tym wypadku był półsłodki Traminer 2010, którego etykieta nie zmieniła się od 70 lat i jest jednym z najlepiej rozpoznawanych win całej Słowenii. Ciekawe czy w Polsce uda im się wypracować taką pozycję marki?

Gdzieś w międzyczasie trafiliśmy do winnicy Zajc. Największy niewypał nie tylko tej degustacji, ale w ogóle ze znanych mi win. Puste, nudne, mdłe i bez smaku (zarówno białe, różowe jak i czerwone). W nosie jeszcze dało się przeżyć, ale dalej istna katastrofa. Dostałem jakąś małą buteleczkę różowego do domu. Rozlaliśmy po kieliszku, no i drugie podejście skończyło się w zlewie. Szkoda bo marka ciekawa, etykieta prześwietna, logo i nazwa chwytliwe. A wina nie da się pić.

Rewelacyjną przygodę ze słoweńskim Sauvignon Blanc zaserwował nam właściciel winnicy HIŠA JOANNES PROTNER (zresztą był to sam Pan Protner). Niesamowita pasja, prześwietne (luźne i spontaniczne) podejście do tematu wina i degustacja pionowa roczników 2007, 2008, 2009 i 2010. Każde wino w nieco odmiennym stylu – najstarsze mocno wytrawne i mineralne, najlepsze ze wszystkich (ale jak sam właściciel mówił trudne w sprzedaży). Roczniki 2009 i 2010 dużo bardziej owocowe z większą ilością cukru rezydualnego. Przyzwoite butelki, tyle że wybitnie drogie. Ale winiarz konkretny, więc i rabat pewnie jakiś rozsądny można ponegocjować.

Najciekawsze czerwone wino (choć było też cudowne refosco z 2003 od VINAKRAS) zaprezentowano nam w winnicy BLAŽIČ Rdeče 2002, wyraźnie beczkowe, ale zachowujące dojrzałą owocowość, tanincze, z wyraźną kwasowością, ciężkie, o mocnym charakterze. Równie zaskakujące było Blaž belo z 2006 rocznika – białe wino poddawane 7 dniowej maceracji, które później trafia do dużych beczek. Bardzo specyficzne smakowo, wykazujące charakter czerwonego wina, dość mocno garbnikowe, nadzwyczaj wytrawne i trudne. W niczym nie przypomina nowoświatowych beczkowanych chardonnay. Nie ma tostowości, masła i posmaków waniliowych. Tutaj odnajdziemy nieokrzesany drewniano-ziemisty posmak, aromat silnie orzechowy, lekką goryczkę, nutę leśnego podszycia. Mam wrażenie, że byłoby genialne do kapusty z grzybami. Osobiście nie jestem zwolennikiem takiego typu białych butelek, ale bardzo doceniam umiejętność zrobienia ich we właściwy sposób – a w tym egzemplarzu możemy wręcz mówić o perfekcji.

Na koniec zostawiamy to co najlepsze. Winnica MAROF i 15,5% Sauvignon Blanc z serii BREG, który mnie powalił na kolana. Do kompletu Chardonnay 15 procentowe o aromatach ogórków i kiszonej kapusty na dzień dobry!. Obydwa z 2009 rocznika. Niezwykłe wina, które zapamiętam na długo. Jeśli chcecie wiedzieć czym moja ekscytacja jest spowodowana, to musicie sami tych butelek spróbować, bo trudno je opisać.

Do winnicy PRINČIČ przyciągnął nas sam właściciel (Tomaž) i kartka wprost pokazująca w jakim celu przybył do Warszawy – „I need wine importer” napisane ręcznie, na białym papierze, obłożone korkami po otwartych butelkach. Wina miał niezłe, ale te 4 magiczne słowa są w tej chwili istotniejsze. W pełni oddają sens całej degustacji. Nikt nie przyjechał do naszego kraju, tak od sobie pozwiedzać i się pokazać. Każdy producent potrzebuje przynajmniej jednej dużej firmy, która zechce z nim kooperować w zakresie importu i dystrybucji win. Pasja i chęć przedstawienia swoich produktów to jedno, ale bez pieniędzy winnica funkcjonować nie może. Po całej imprezie mam wrażenie, że jest to rozpaczliwe wołanie o zakupienie butelek w absurdalnie wysokich cenach po to, żeby oni dalej mogli swoje winka robić i dobrze z tego interesu żyć. Podstawowe butelki białych win reprezentują poziom półki cenowej ok. 1 euro z Hiszpanii, czy 1,50 euro z Francji. 300-400% wyższa cena produktów ze Słowenii to ogromna dysproporcja – przepaść, którą trudno będzie przeskoczyć. I jakże przypomina to nasze rodzime, polskie podejście do sprzedaży wina. Niestety prawda jest okrutna – butelki są warte uwagi i godne polecenia, ale po odjęciu od każdej przynajmniej 3 euro w zakupie hurtowym!

Podsumowując , największa pochwała należy się organizatorom – doskonała lokalizacja w centrum Warszawy, prestiżowy hotel, ekskluzywność całego eventu, doskonała obsługa (przy każdym stoisku woda i błyskawicznie wymieniane spluwaczki). Zdecydowanie za mało światła, więc nie dało się ocenić koloru win – ale powiedzmy, że da się ten defekt przeżyć. Może ta patetyczność była trochę zbyt sztuczna i powodowała nadmierną pompatyczność całego wydarzenia (tym bardziej, że przybyli producenci, to często prości rolnicy-winiarze i można było odnieść wrażenie, iż czują się nieswojo). Ściąganie tabu z wina i prezentowanie go jako trunku codziennego nie udało się. Acz butelek za takie kwoty nikt nie będzie kupował do zwykłego obiadu jak Kropli Beskidu. A szkoda… Ale za ogólną organizację WIELKIE BRAWA!

Reklamy