Własny import

Jestem właśnie w drodze do Berlina i zastanawiam sie nad fenomenem importu bagażnikowego  Pomijam już temat sklepów z pogranicza, z Poznania czy Szczecina. W końcu Berlin jest nam bliższy  niż stołeczne miasto Warszawa z najpierw zalanym, a teraz zapadającym sie tunelem metra 🙂

image
Lidl – rodem zza naszej zachodniej granicy

Szokuje mnie wciąż jedno – jak to jest możliwe  ze 250km powoduje nierzadko dwukrotna różnicę w cenie? I mam szczerze dosyć tego narzekania i lamentowania, ze w Polsce ludzie wina nie pija, że to najwolniej rotujący towar, ze ostatni element na liście zakupów. A widzieliście opustoszałe półki Lidla po ostatniej ofercie francuskiej? Tempo rotacji butelek w ursynowskim Leclercu? Kochani importerzy, co ciągle narzekać tylko potrafią. Mali maruderzy. Polacy piją wino, piją go dużo i pija je z chęcią. Rynek choć powoli, wciąż rośnie – wiec zamiast pieprzyc od rzeczy, weźcie sie do roboty!

Zasada jest prosta. Jeśli po zakupy o wartości 500zł opłaca sie jechać (płatną autostrada i przy aktualnym koszcie benzyny) pod sama stolice innego kraju europejskiego, to po co przepłacać w Polsce. Do tego, przywożąc kilka butelek dla znajomych, koszty wyjazdu można ograniczyć niemal do zera.

A gdyby tak market jakiś  sieciowy, duży wyspecjalizować. Znane nazwiska na polkach, dobrze zrobione opisy win, papierowe lub elektroniczne katalogi na solidnym poziomie. Może to jest przyszłość i jakaś metoda. Gdyby – poza dyskontami – jeszcze inni zaczęli sami importować z pominięciem kilkudziesięciu procent marży pośrednika  I znów Małecki herezje szerzy, już widzę te glosy oburzenia! Markety wspiera! A właśnie że nie! Wspieram wyłącznie moja chęć picia bardzo dobrych win codziennych, w cenie nie przekraczającej 4-5 euro. Chcę mieć kawałek Europy w Polsce, ale zapewne wymagam zbyt dużo.

Zakończmy te poranne dywagacje, bo moja dzisiejsza podroż jest typowo turystyczna i odbywa sie autokarem. Winiarskie większe zakupy? Następnym razem. Póki co jest outlet w Poznaniu i zaufanych sklepów garść – garsteczka. No właściwie 2. A w razie czego – nam, skromniejszym portfelom, Lidl i Biedronka pozostaje.

P.S. brak polskich znaków wybaczcie, ale mój phone nie jest zbyt smart. Poprawione na standardowej klawiaturze.

Reklamy

14 myśli nt. „Własny import”

  1. Takie „festiwale” jakie ostatnio nam serwują dyskonty to pierwszy krok do zmiany stosunku do wina przeciętnego Polaka. Wina stają się dostępne, są dobrej jakości. Ceny są uczciwe. Podkreślam fakt, że są to niemal jedyne sklepy oferujące coraz lepsze trunki w małych miejscowościach.Oby tak dalej.

    PS. Czy robił Pan zakupy winiarskie w Mitte Meer w Berlinie?

    Lubię to

    1. Całkowicie się zgadzam i niestety mniejsze miejscowości mogą liczyć wyłącznie na dyskonty. No i całe szczęście!

      W Mitte Meer nie miałem okazji jeszcze być – może zajrzę następnym.

      Lubię to

  2. Tylko wie Pan, że przy takim prywatny imporcie kosztem jest tylko paliwo, natomiast chcąc legalnie sprzedawać w polsce wino należy jeszcze ujścić opłatę w postaci akcyzy, oraz podatku vat, nie mówiąc o kosztach prowadzenia samej działalności gospodarczej(zus, składki, podatek dochodowy), więc przestaje być tak różowo.
    Sam uważam, że świetnym rozwiązaniem jest wożenie sobie samemu wina z zagranicy, bo i w Niemczech ceny niższe, nie wspominając już w ogóle o Francji, czy Włoszech(absolutny brak akcyzy na wino), w takiej Hiszpanii alkohol również bajecznie tani. Oprócz ceny, satysfakcję sprawia również to, że później wypijemy u siebie, w Polsce wino niedostępne u naszych importerów.

    Lubię to

    1. Nie demonizujmy wpływu akcyzy na wino w Polsce:) podatek akcyzowy wynosi tylko 1,18 zł od butelki wina (0,75l). Podatek VAT w Polsce jest niewiele wyższy niż w Niemczech. Zatem polscy konsumenci mają prawo oczekiwać, że wina w Polsce będą w takich samych cenach jak w Niemczech. To, że ceny w Polsce są często 2 razy wyższe niż w Niemczech czy Włoszech wynika jedynie z pazerności importerów a nie podatku akcyzowego czy VAT-u. Kiedyś, jako amator wina, dawałem się nabierać na takie tanie chwyty sprzedawców (nazwy importerów delikatnie przemilczę…) , że „wie Pan, to wino kosztuje u nas 100 zł (zamiast jak w Berlinie 50 zł) bo w Polsce są znacznie wyższe podatki i do tego ta akcyza…”..

      Lubię to

      1. Ano właśnie… akcyza i VAT stała się bardzo nośnym tematem zbywania konsumentów w temacie astronomicznych cen wina w Polsce. Że się da inaczej pokazują coraz częściej mikroimporterzy, gdzie cena butelki jest dużo bardziej adekwatna do jej realnej wartości.

        Lubię to

    2. Niemiecki VAT na wino wynosi 19% (u nas 23%, czyli 4% różnicy). Akcyza to 1,19zł na butelce, koszty prowadzenia działalności są zbliżone (proszę porównać do tego płace – 2tys. złotych a 2tys. euro dla pracownika czy wyższy koszt najmu lokalu).

      Chodzi bardziej o uczciwość z jednej strony i nieumiejętność współpracy małych importerów pomiędzy sobą, tak aby obniżyć wspólnie koszty. Dość szybko następują pozytywne zmiany, ale jest ich nadal za mało, aby przeciętny Kowalski przestał się bać wchodzenia do sklepu z winami („bo jest za drogo”). Wiem, że żaden polski sklep czy restauracja nie będzie sprzedawała takiej ilości butelek jak niemiecka, dopóki nasze płace i poziom zamożności się nie zwiększy. Ale tym bardziej rynek nie będzie się rozwijał przy wysokich marżach.

      Lubię to

  3. ” 70% to podatek
    Na utrzymanie tej hydry nienasyconej, ich dzieci, żon i matek”, chyba o czymś Pan zapomniał Panie Heretyku.

    Lubię to

  4. Kiedyś też tak robiłem, ale od czasu kiedy można kupić w Warszawie wina w tym samych cenach co w Berlinie, to kompletnie nie ma sensu… nie wspominam o kosztach benzyny i noclegu

    Lubię to

    1. Poznaniak ma po prostu Berlin bliżej niż Warszawę 🙂 Ale mam świadomość, że w Warszawie jest już kilka miejsc (w tym oczywiście Enoteka Polska) z doskonałymi winami, w świetnych cenach.

      Lubię to

  5. Jakby się tylko jeszcze w Polsce na Warszawie świat nie kończył… Poznań, Kraków, jest nieźle. W Łodzi z roku na rok jest coraz lepiej, ale… no właśnie, zawsze jest to ale. Każdego tygodnia dostaję kilka zaproszeń na fajne wydarzenia winiarskie w stolicy, a zarazem czytam kolejne recenzje win dostępnych u małych importerów bez większej sieci sprzedaży. Szkoda, że nie jest to na wyciągnięcie ręki i tak wiele potencjalnych winomanów w kraju omija. Mam nadzieje, że będzie lepiej.

    Mam też nadzieję, że wielokrotnie wracający temat nielegalności zamawiania wysyłkowego wina z EU zostanie wreszcie rozwiązany — bo fakt, że klikając głupie „kup” i płacąc Paypalem w kilkudziesięciu sklepach oferujących wysyłkę do Polski kupujący staje się de facto przestępcą podatkowym zakrawa na bardzo daleko posunięty absurd rodem z komedii Barei.

    Lubię to

    1. Na absurd zakrawa niemal cały system podatkowy i prawny tego kraju. Łatwiej schować wielomilionowy majątek (jak się dobrze „da w łapę” lub ma właściwych znajomych), niż przesyłkę z 6 butelkami wina.

      Lubię to

      1. Ano, dokładnie — ale to już temat na zupełnie inną dyskusję 😉 Temat przypomniał mi się ostatnio, jak znajomy przywiózł dwie butelki taniutkiego Vino de La Tierra de Castilla, które mnie zmiotło z fotela i chętnie bym sobie zamówił wysyłkowo kilka(naście) kolejnych. Ale cóż począć.

        Lubię to

Możliwość komentowania jest wyłączona.