Archiwa tagu: cena wina

Wojna o marżę, czyli za ile sprzedaje się wino!

Odwieczne prawo podaży i popytu rządki handlem odkąd tylko pojawiły się jego najbardziej prymitywne formy. Nie inaczej jest z winem. Poprzedni post o poziomach marżowania wina w Polskich realiach przyniósł ożywioną dyskusję, liczne komentarze i spotkanie wokół tematu w poznańskim Mine Wine. Kilka rzeczy, których być może zabrakło w pierwszym podejściu chciałbym zatem wyjaśnić i dopowiedzieć. Przede wszystkim zdaję sobie sprawę, że żadne przedsiębiorstwo nie jest w stanie funkcjonować przy wieloletnich stratach. Wiem także jak wygląda spożycie wina w Polsce. Mam zatem świadomość, iż trunek ten musi być droższy niż u naszych zachodnich sąsiadów, bo żaden importer czy hurtownia nie robi tak wysokich obrotów na winie. Wreszcie znam statystyki sprzedaży, ukazujące kolosalną wręcz przewagę marketów i dyskontów nad wszelkimi innymi kanałami dystrybucji detalicznej. Zatem o co mi tak naprawdę chodzi. Ano o uczciwość. Co to jest zapytacie? Czas na chwilę prawdy.

W poprzednim poście jak i wyliczeniach nie uwzględniłem pewnych elementów. Nie próbowałem także wykazywać kosztów funkcjonowania importerów, czy dodatkowych nakładów ponoszonych na sprzedaż wina. Nadal nie będę się tym zajmował nazbyt dokładnie, bo i po co. Ważny jest jeden prosty i krótki wniosek – im większy dystrybutor, tym niższe koszty funkcjonowania poprzez wykorzystanie efektu skali. Zatem „dinozaury” nie dość, że zwyczajowo marżują najwyżej, to jeszcze maja najniższy koszt transportu, magazynowania i sprzedaży w przeliczeniu na jedną butelkę. Dlaczego więc kupowane od nich wina są najdroższe, a ich przeciętne zyski z jednej etykiety wielokrotnie wyższe niż u mniejszej konkurencji? Bo liczy się tylko zyska, a nie pasja? Coś w tym jest. Nie chcę umniejszać zasług potężnych importerów – degustacji, prezentacji, działań promocyjnych w zakresie kultury winiarskiej, jednak mali też to robią – sam fakt, że MineWineFestiwal jest największym winiarskim wydarzeniem całej Wielkopolski! Boli mnie fakt, że zwiększająca się sprzedaż wina, niemal nigdy nie powoduje obniżenia cen u importerów, choć jest to możliwe i mogłoby przynieść wymierne korzyści w postaci większej liczby Klientów. Zamiast korzystniejszej kwoty na paragonie pojawiają się umowy na wyłączność i wieloletnie kontrakty blokujące dostęp mniejszych importerów do konkretnych producentów. Tak lubi wyglądać „uczciwość i rzetelność” wobec polskiego konsumenta wina. Dowalmy większy narzut i nie pozwólmy nikomu sprowadzić etykiety, którą mamy w swojej ofercie.

3 stycznia, tuż po opublikowaniu poprzedniego artykułu wokół dzisiejszego tematu, mieliśmy wraz z Kubą Jurkiewiczem z Czerwone czy Białe, niebywałą okazję spotkania bezpośrednio z importerem i porozmawiania wprost o narzutach i realizowanym na nich zysku. Do poznańskiego salonu Mine Wine zaprosił nas Łukasz Wojciechowski i przedstawił kilka faktów związanych z działaniem małego dystrybutora wina. Kilka spraw, o których wiem, kilka które nieco lekceważyłem. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie jest im łatwo funkcjonować w polskich realiach, bo są zbyt uczciwi! Dogodna dla Klientów lokalizacja (czyli wysoki czynsz), niskie marżowanie i wybór etykiet od małych producentów wysokiej jakości wydaję się być gwarancją sukcesu. Niestety potencjalne zyski pożerają koszty. Za to pod względem korzystnych cen i ciekawostek wśród etykiet obecnych na półkach Mine Wine należy do liderów w segmencie. Z narzutem na poziomie 30-80% też nie można im niczego zarzucić. Podobnie jest w przypadku kilku innych poznańskich instytucji jak chociażby Vinola, Casa de Vinos, czy Wina z Pasją . Jak się chce to można grać fair w stosunku do Klienta – zwykle wystarczy mieć do wina prawdziwą pasję, a nie tylko afekt w kierunku ilości złotówek na koncie.

Dlatego dla jasności sprawy i rzetelnego osądu z mojej strony – nie uważam bynajmniej by narzut na produkty samodzielnie importowane na poziomie do 100% było czymkolwiek niewłaściwym. Pretensje mam do dystrybutorów (w tym „Dinozaurów” jak i niektórych małych instytucji) dokładających sobie po 150-300% do ceny zakupu i sprowadzenia butelki. Bo przecież bydło i tak przyjdzie, i tak kupi, i tak wróci, bo się ta ciemna masa nie zna na winie. Tak właśnie jesteśmy przez nich traktowani. To zwykłe chamstwo i oszustwo. Nie sądzę, by obronna opinia ze strony chociażby DW miała jakiekolwiek znaczenie i sens. Złodziejstwa nie usprawiedliwia sprowadzanie etykiet, których nikt wcześniej nie miał w swojej ofercie. Złodziejstwa nie usprawiedliwia podpisywanie umów na wyłączność. Złodziejstwa nie usprawiedliwia nawet silna marka z tradycjami. Tym bardziej uzasadnieniem absurdalnej marży nie może być wprowadzenie jako pierwszy importer producenta typu Grupo Yllera na polski rynek. To na tyle dobry i duży wytwórca, że prędzej czy później i tak trafił by na półki naszych sklepów winiarskich – a jak pokazała Vinola, uczciwa cena na za jego produkty jest o ponad 30% niższa! Szczerze, mam nadzieję, że im szybciej wspomniany tort podzielimy wśród rzetelnych handlarzy, tym szybciej będzie rosła świadomość i kultura wina w Polsce.

Gdzie zatem kupować wina, aby nie przepłacać. Polecam szukać małych importerów, dla których trunek ów faktycznie jest pasją, a nie próbą wyciśnięcia maksymalnego zysku z każdej sprzedanej butelki. Wspierać sklepy specjalistyczne, które mają uczciwe ceny – w przyszłości być może staną się potężnymi importerami, a uczciwe traktowanie tematu marży pozostanie. Zaglądać do nowych sklepów monopolowych – wybór win i kwoty na paragonie mogą Was miło zaskoczyć! Razem z Mateuszem z Time On Wine rozważaliśmy pomysł stworzenia pierwszego polskiego WINE OUTLETU. Wróciliśmy do sprawy także w Mine Wine. Póki co, uznajemy temat za zamknięty i odkładamy do sfery marzenia z dalekiej przyszłości – polski rynek nie jest gotowy na takie przedsięwzięcie. Konsumenci – może i owszem, ale importerzy – na pewno nie. Outletowo czasem można sprawdzić markety i ich promocje, ale zbyt łatwo naciąć się na jakieś podłe butelki od kiepskich producentów i z przestarzałych roczników (znalazłem dzisiaj proste wino hiszpańskie, białe, bez beczki, z podstawowej apelacji z 2004 roku! Nazwy marketu nie podam, ale to duża francuska sieć, mająca dostęp do bogatej oferty naprawdę dobrych win. Skąd zatem takie buble?). Poza tym pojawia się spora szansa w postaci sklepów monopolowych, które zaczynają samodzielnie importować chociaż część oferty, wstawiając niektóre butelki w wyjątkowo konkurencyjnych cenach! Zobaczymy kto tą wojnę wygra, ale mam nadzieję, że czas zdzierców dobiega końca na rzecz uczciwych i rzetelnych. Bo osobiście nie zgadzam się na opłacanie 150% i większych narzutów importerskich, tylko dlatego, że ktoś na winie chce zrobić ogromne pieniądze moim kosztem!

P.S. W temacie uczciwych sklepów winiarskich na terenie Poznania i okolic chętnie udzielę informacji i rekomendacji osobiście lub mailowo. Zdzierców z nazwy nie będę wymieniał, bo ich działy prawne tylko na to czekają :p

Reklama