Archiwa tagu: importerzy wina

Winiarskie Eldorado – w Polsce! Czyli o marży na wino słów kilka.

Początek nowego roku to zazwyczaj czas podsumowań oraz planów na przyszłość. W sklepach inwentaryzacje, w firmach bilanse roczne, budżetowanie itd. Każdy z czegoś się musi rozliczyć. Stąd też kilka spraw i tematów, które dziś poruszymy, choć ja nie będę składał obietnic i robił noworocznych postanowień, bo nie mam żadnej pewności, że uda mi się ich dotrzymać. Zabiorę się za kilka kosmetycznych zmian w kategoriach wpisów na blogu, ale tak aby nie naruszyć trzonu, a jedynie uzupełnić pewne przydatne elementy. Będę dalej degustował (jeśli finanse oczywiście pozwolą) i pisał, gdy tylko będzie ku temu czas i okazja. Myślę o kilku eksperymentach, próbach rozszerzenia niektórych działań w tematyce degustacyjnej, zwłaszcza wśród młodych zapaleńców z Wielkopolski. Jeden element wciąż jednak stoi na przeszkodzie – polskie podejście do tematu importu wina i narzutów – czyli nieustanne nabijanie Klienta w butelkę, dla generowania maksymalnie wysokiego zysku. Wiele czasu jeszcze upłynie zanim Polacy nauczą się działać w handlu uczciwie wobec swoich nabywców, a w branży winiarskiej potrwa to zapewne 2x dłużej. Generalizuję, ale inaczej się nie da. Są chwalebne wyjątki, perełki a może powinienem powiedzieć normalni ludzie – kochający wino, poświęcający mu swoje życie. Nie wszyscy niestety tak działają. O co mi chodzi? Poczytajcie!

Dziesiątki, jeśli nie setki razy słyszałem już o akcyzach, podatkach, transporcie, problemach prawnych, późniejszych kosztach działalności i magazynowania. Narzekania importerów na to, dlaczego zarabiają tylko 2 albo 3-krotność średniej krajowej (a w przypadku większych graczy nierzadko 10-krotność), bo przecież mają fantastyczne wina w świetnych cenach, które są tak absurdalnie wysokie, że już po cztery kartoniki nieco lepszych roczników opłaca się z Poznania robić wycieczkę do Berlina! Cóż, ostatnimi czasy coraz częściej widzę sens kupowania win w małych sklepach monopolowych, tych nowych, niedawno powstałych, nieprzesiąkniętych starymi schematami myślowymi, gdzie ceny są uczciwe, a przy tym o wiele niższe niż w „profesjonalnych” salonach winiarskich! Kolejnymi istotnymi graczami stają się dyskonty, a od lat są hipermarkety. Stosują niższe marże zysku na pojedynczym produkcie, co sprawia, że wina sprzedawane są w korzystniejszych cenach. Sami importerzy dostarczają towar z kolosalnymi rabatami, ze względu na rozmiary zamówień i długoterminowe kontrakty. Do kompletu dołóżmy coraz popularniejszy wśród marketów i dyskontów własny import, który pozwala na wystawienie butelek na sklepowych półkach w cenie niewiele wyższej niż u naszych zachodnich sąsiadów (m.in. Tesco, Biedronka, Lidl, Leclerk, Intermarche, Piotr i Paweł, choć ostatni sporo sobie liczy za kwiatki sprowadzane samodzielnie 🙂

____________________________________________________________________________________________

A jak marża wpływa na cenę wina i dlaczego w Polsce wino za 1euro, kosztuje 20 kilka złotych spójrzcie sami:

Cena wina w zależności od marży

*1 euro = 4 złote, kurs gdzieś z okresu lata 2011, kiedy tabelka była przygotowywana

** słowo marża zamieńcie sobie proszę na narzut – wybaczcie idiotyczny błąd.

____________________________________________________________________________________________

Największy mankament marketowy od lat pozostaje niezmienny – brak wyszkolonej obsługi, zdolnej pomóc w doborze wina. Nieliczne wyjątki dotyczą niemal wyłącznie Warszawy. W całej reszcie wielkopowierzchniowców jesteśmy zdani na własne siły, wśród półek po brzegi wypełnionych wszystkim czego dusza zapragnie. Jeśli mamy nieco wiedzy i oleju w głowie, zawsze znajdziemy pasujące nam butelki, w naprawdę doskonałych cenach. Zresztą biegając w zakupowym szale sylwestrowym po Tesco Extra znalazłem pewną etykietę, którą spotkałem w dwóch sklepach importerskich za złotych 30+. Cóż, to samo wino kosztuje w markecie 18,00PLN, więc chyba nie muszę mówić, gdzie się w nie zaopatrzyłem. A to naprawdę przyjemna brazylijska etykieta, której zdjęcie jutro wrzucę, abyście wiedzieli czego szukać razem ze mną 🙂

Kolejny przykład, który wydaje się wręcz niewiarygodny. Wspaniała hiszpańska Crianza od Grupo Yllera, z serii Bracamonte w sklepie internetowym producenta kosztuje €10,90. Czyli powiedzmy, że nawet 50PLN w tej chwili, po jakimś złodziejskim kursie. Rabat dla hurtownika to minimum 30%, a jak ktoś umie ponegocjować i zaopatrzy się w inne ciekawe etykiety od owej spółki, ściągając cały kontener to dostanie zdecydowanie lepszą cenę. Liczmy jednak koszt zakupu rozsądnie ok. €7,50 +akcyza i transport. Jakim więc cudem butelka kupiona i sprowadzone za 33-36, max. 38PLN (zależnie od okresu realizacji dostawy, jak wiadomo wahania kursu w zeszłym roku były spore) potrafi kosztować w Polsce 109 PLN?! Dlaczego za wino warte 50PLN mamy płacić ponad stówę!!! No tak, bo sprzedawca stosuje 150%-200% narzut! Z drugiej strony jak to się dzieje, że mniejszy importer współpracujący z tą samą winnicą, potrafi oferować identyczną etykietę, z jednakowego rocznika za złotych 76! (Vinola), a jego większy rywal za 109,06!!! To samo wino 33PLN taniej! (W dodatku od importera również specjalizującego się w winach hiszpańskich, a ściągającego etykiety z niemal całego świata i uznawanego za potentata w branży! Nazwy nie będę wymieniał, bo jak ktoś się nieco w temacie orientuje, to już wie jak Krakowiacy potrafią z nas wycisnąć złotóweczki).

W minionym roku, najsłynniejszym przykładem różnic cenowych pomiędzy kanałem tzw. specjalistycznym, a dyskontami był chyba Moscatel de Setubal, który (podobno rozsądnie marżowany) miał zwyczaj kosztować ok. 50PLN na półce sklepu z winami. Tymczasem nasz kochany owad – Biedronka – zakupił ową etykietę z ominięciem jakichkolwiek pośredników, wystawiając ją na sprzedaż w swoich marketach za 19,99PLN. Powiem szczerze – kiedy Moscatel trafia do czasowej oferty, nie tylko ja zaopatruję się w kilkumiesięczny zapas. To pokazuje jak ogromne są dysproporcje po pierwsze w rabatach udzielnych dużym graczom, a po drugie w marżowaniu produktu. Za owego Moscatela w zakupie Biedronka płaciła zapewne kwotę w okolicach 3,00 euro i mniej wydała na transport własnymi ciężarówkami do Polski. Mniejszy importer mógłby liczyć na cenę zakupu w przedziale 3,50- 4euro (w zależności od ilości zamówionych palet). Zatem bądźmy szczerzy – aby każdy był zadowolony i mógł w miarę zarobić, cena sprzedaży detalicznej w granicach 35PLN byłaby nawet uczciwa. Skąd zatem bierze się kwota na paragonie opiewająca na 50 złotych polskich! Zacznijmy liczyć:

1. Zakup wina: 3,5 euro (czyli ok. 14PLN licząc wg kursu 1 euro = 4 PLN – powiedzmy okres wakacji, poza tym łatwiej się liczy)

2. Transport: ok. 2PLN/butelka (to tak ze sporym zapasem zazwyczaj licząc)

3. Akcyza + znaczki i koszty z tym związane: 1,50PLN/butelka

4. Cła nie ma, bo to handel wewnątrz Unii, podatków dodatkowych nie ma (tylko VAT, ale i tak jest przerzucany na Klienta), zatem reszta ceny to łączny narzut importera oraz detalisty. Ile zatem wynosi?

KOSZTY IMPORTERA: 14+2+1,5= 17,50 PLN

narzut: ok. 135% (z czego zazwyczaj 60% inkasuje importer, całość jeśli wystawia butelkę w swoim sklepie stacjonarnym), czyli: 17,5*235% = 41,125PLN netto  (41,125-17,5=23,625 PLN!!!)

ORAZ NASZE KOCHANE PAŃSTWO :p + 23%VAT = 50,50PLN

Obecnie podobną sytuację możemy zaobserwować z półsłodkim, różowym Mateusem, choć nie jest on dostępny we wszystkich sklepach Biedronki. Jeśli jednak go znajdziecie, to będzie ów trunek kosztował 15PLN bez grosza, a w innych punktach sprzedaży na paragonie zobaczycie kwotę 25-29PLN.

Już wiecie jak wygląda winiarskie Eldorado, tyle że wino nie sprzedaje się tak dobrze w kanale specjalistycznym, jak powinno. Dlaczego? Bo jest za drogie! Próbując ten proceder absurdalnego marżowania ominąć, kupuję czasem butelkę  w sklepie, o którym wiem, że właściciel dodaje do produktów na półce 25% kwoty zakupu. Kupuję tam, bo ludzi tego pokroju trzeba wspierać na wszelkie możliwe sposoby! Ale i tak zapłacę 45PLN za etykietę, która we Włoszech kosztuje w detalu 5,50 euro. Niestety, pomimo uczciwego sprzedawcy-pośrednika, importer zainkasował swoje w marży hurtowej i nabił mnie w butelkę po raz kolejny!

Całe szczęście coraz więcej z nas – Klientów – widzi ów proceder. Zatem zyskują dyskonty, markety oraz import własny na domowe potrzeby – możemy przecież bezproblemowo przywieźć z krajów UE do 140 butelek w bagażniku! Coraz prężniej działają sklepy internetowe, które konkurencyjność zyskują dzięki ograniczeniu kosztów działalności (z reguły oferują korzystniejsze ceny bazowe, ciekawsze promocje i rabaty, a przy większych zamówieniach pokrywają koszty transportu). Rynek się zapełnia, konkurencja jest coraz silniejsza, a ceny i tak mocno już spadły. Oby ta tendencja się utrzymała, bo chciałbym żyć w kraju, gdzie faktycznie każdy może sobie pozwolić na traktowanie win jako trunku codziennego. Niestety do tego poziomu wiele nam nadal brakuje! Szeregowy pracownik kombinującego na wysokich narzutach importera, z pensją sporo niższą od średniej krajowej, wino traktuje jako produkt luksusowy i żadne degustacje, prelekcje, wykłady, czasopisma czy blogi tego nie zmienią, dopóki nie będzie nas stać na bachusowski trunek. A drogi do osięgnięca tego celu są dwie – podwyżki płac (czyli utopia) lub obniżenie marży. Koniec. Kropka.

____________________________________________________________________________________________

P.S. Tak dla jasności sprawy – nie wszyscy importerzy działają w wyżej opisany sposób i jest mnóstwo fantastycznych (często małych) sklepików i genialnych ludzi, którzy je prowadzą i traktują Klienta naprawdę uczciwie, również w temacie cen, narzutu i marży. Nie neguję działalności sklepów specjalistycznych, wręcz przeciwnie – oczekuję pogłębiania ich specjalizacji! Tylko w ten sposób nasz polski rynek winiarski może prawdziwie się rozwinąć.